czwartek, 1 grudnia 2016

Przedświąteczne szaleństwo i wymianka z Holly, czyli Apaczowa w swoim żywiole.


Apaczowa jest dziwna.
Z tym faktem się nie dyskutuje.

Dziwactwa ma przeróżne, a jednym z nich jest wprost obłąkańcza miłość do świąt Bożego Narodzenia.

Podczas, gdy inni narzekają, że od 2 listopada w tv świąteczne reklamy, Apaczowa siedzi i ogląda je z wywalonym jęzorem, zatrzymuje, robi herbatę i przewija tyle razy od początku, aż jej się płyn w kubku skończy.

Od 2 listopada w sklepach święta? Apaczowa żałuje, że nie mieszka w Niemczech - tam ponoć już od września.

We wrześniu zamawia do podgrzewacza wszystkie dostępne świąteczne woski, w związku z czym idąc na pierwsze w nowym roku szkolnym klasowe zebranie, jej ubrania pachną pieczonym jabłkiem, bądź piernikami, ewentualnie sparkling snow.


Jednym słowem przygotowania do świąt rozpoczyna Apaczowa pierwsza na dzielni, pewnie nawet pierwsza  w mieście. Jest nawet szybsza od świątecznej ciężarówki Coca-Coli.
Szybsi od niej są chyba tylko ci, którzy nie rozebrali jeszcze ubiegłorocznej choinki.

Jeśli jesteście w stanie pojąć to świąteczne szaleństwo, którego Apaczowa sama nie pojmuje, ale które co roku ją ogarnia, to wyobraźcie sobie teraz, co poczuła, gdy napisała do niej Holly z bloga WORLD BY HOLLY i zaproponowała wymiankę, a w propozycjach do wyboru, wśród wszystkich cudowności, które tworzy ta zdolna kobieta, ujrzała Apaczowa taki oto widok:






GRUDNIOWNIK!
Grudniownik, o którym Apaczowa marzy co roku, ale na którego zrobienie nie ma czasu, cierpliwości, a już na pewno nie ma takiego talentu, jak Holly!

Grudniownik tak piękny, że Apaczowa dzisiaj chyba się z nim nie rozstanie, nie odklei swych paluchów od tych cudnych kartek, nie przestanie wyciągać tych świątecznych tagów i zakładeczek, bez końca będzie podziwiać świąteczne papiery i koronki.
Grudniownik idealny, jakby żywcem wyjęty z marzeń Apaczowej!
Skąd wiedziała?
Telepatia?
Przeznaczenie?

Nie wiadomo, ale ma go już Apaczowa u siebie, bo Holly wysłała go piorunem, aby Apaczowa już pierwszego grudnia mogła go zacząć uzupełniać.

Nacieszcie oczęta razem z Apaczową :))
(zdjęcia autorstwa Holly, wykorzystuje je
Apaczowa oczywiście za jej zgodą)



































Cuda się zdarzają...
A marzenia spełniają.
Nawet te niewypowiedziane :)

Do kompletu dostała jeszcze Apaczowa przecudnej urody kartkę.





Pełnia szczęścia!

Dziękuję Ci Holly!
Dziękuję Dobra Duszo, której tak zależało na moich dyniach, że postanowiła mnie w zamian takim cudem obdarować.
Spać nie będę mogła, bojąc się, czy one aby okażą się godne takiej zamiany...





poniedziałek, 28 listopada 2016

Wyniki urodzinowego candy.


Trochę to trwało, zanim Apaczowa odzyskała możliwość wstawiania czegokolwiek na bloga, bo jej laptop oczywiście postanowił zapaść w sen zimowy, a mąż swego zabrał na służbowy wyjazd.

No ale wróciła łączność ze światem i natentychmiast przystąpiła Apaczowa do losownia.
Nie chciała żadnych karteczek, coby jej nikt nie zarzucił stronniczości i kombinatorstwa, że jakieś karteczki znaczone podrzuciła, czy coś ;D

Zdała się więc na technikę, a ta postanowiła, że zwycięzcą zostaje:







Przeprasza bardzo Apaczowa wszystkich, którym się nie udało.
Los tak chciał, nic nie poradzi, z elektroniką walczyć nie będzie.
Ogromnie dziękuje za wszystkie miłe słowa na temat jej rękodzieła i chęć przygarnięcia w swe progi jej uszytków!
Obiecuje jednocześnie, że w takim razie częściej będzie się dzielić i już zaprasza na noworoczne candy :)

Decyduj więc Gosiu, co ma dla Ciebie zmajstrować fabryka św. Mikołaja ;))

A żeby jeszcze możliwości wyboru dołożyć, takie cosie produkują mikołajowe elfy po nocach:



 
 
 
 
 




Żeby się elfom  przyjemniej pracowało, Matka Natura stworzyła klimat niemal jak z Bieguna Północnego ;))






Pozdrawia Was Apaczowa najserdeczniej w przerwie na kubek gorącej czekolady i zaraz wraca do szycia.







środa, 16 listopada 2016

Sowy świąteczne i zaproszenie do Robótki.


Wpada dzisiaj Apaczowa jak po ogień, ale jutro może być za późno, gdyż post dzisiejszy w pierwszej części dotyczyć będzie TEGO CANDY, które kończy się jutro z wybiciem północy.

Gdyby ktoś niezdecydowany jeszcze był, to chciała Apaczowa ofertę o świąteczne sowy poszerzyć, żeby łatwiej było zwycięzcy podjąć decyzję, jaką wygraną sobie zażyczyć ;)



Sowa śnieżna




Sowa śnieżynkowa
 



Gdyby komuś nie pasowały święta w kolorze czerwonym, obie sowy dostępne są też w wersji szarej, granatowej i zielonej, materiały oczywiście w śnieżynki.





Jeśli ktoś natomiast chciałby jeszcze pozostać w klimatach jesiennych, może przypadnie mu do gustu lis. Oczywiście lisy, jak to lisy, mogą być również szare, niebieskie, różowe i w każdym innym kolorze.





Jeśli ktoś nabrał ochoty na sowy lub lisy, można się jeszcze TUTAJ dopisać do listy :)


__________________________________________________________________________________


No i jeszcze chciała Apaczowa przypomnieć, bo może są tacy, co nie wiedzą...

Drodzy Państwo, jest ROBÓTKA!



Stanie Apaczowa na rzęsach, aby coś wysłać.
I Wam też gorąco poleca.



wtorek, 8 listopada 2016

Tęczowy jednorożec i osoby, które miały wpływ na moje życie.


Sugerując się tematem można odnieść wrażenie, że Apaczowa postradała rozum i buja w jakiejś własnej rzeczywistości.
Trochę buja, bo nigdy nie sądziła, że pod jej dachem rodzić się będą jednorożce...
No, może trochę im w tych narodzinach pomaga, ale cała reszta, to czyta magia ;)
 
Włala!
 
 
 
 
 
 
Jest zapotrzebowanie na tę magię, gdyż jednorożce rodzą się w zastraszającym tempie przynajmniej trzech sztuk na tydzień!
A już słyszała Apaczowa pogłoski, że niedługo przyjdzie na świat ich kuzynostwo - z gatunku Jednorożec Świąteczny ;))
Jeśli Osoba, która zwycięży w candy wolałaby zamiast sówki jednorożca - bardzo proszę!
 
 
A jeśli ktoś chciałby się jeszcze dopisać - zaprasza Apaczowa TUTAJ
 
 
________________________________________________________________
 
 
 
A teraz coś, co bardzo dało ostatnio Apaczowej do myślenia.
 
Nie chodzi o osoby najbliższe, które przychodzą nam do głowy w pierwszej kolejności, jak rodzice, mąż, czy dzieci, ale te, które spotkaliśmy na swojej drodze i w jakiś sposób zostawiły po sobie trwały ślad w naszym życiu.
 
Jeśli o Apaczową chodzi, to nad dwoma z tych osób nie musiała się wcale zastanawiać, nie wyobraża sobie, że mogłaby nie spotkać ich na swojej drodze.
 
1. Jeśli ktoś czyta Apaczowej blog od początku, to domyślił się pewnie, że pierwszą i najważniejszą osobą jest R. Opisywała ją Apaczowa TUTAJ, więc już nie będzie się powtarzać. Powie tylko, że nawet teraz wraca do tamtego wpisu ze ściśniętym gardłem...
 
2. Drugą z tych osób jest jej ukochana "pani" z klas 1-3 szkoły podstawowej. Też już o niej było, więc zaprosi Apaczowa chętnych TUTAJ i doda jeszcze, że ilekroć się spotkają na szkolnym korytarzu, rozmowom i wspominkom nie ma końca.
 
3. Tu kryją się ukochani, starsi sąsiedzi Apaczowej, o których też już było na początku TEGO wpisu. Cudowni ludzie, otwarci i serdeczni, dla małej Apaczowej jak prawdziwi dziadkowie.
 
4. Tu nie będzie się Apaczowa rozdrabniać na poszczególne osoby, bo jest ich kilka, a są to koleżanki Apaczowej. Nie wiadomo, skąd wzięły tyle cierpliwości, aby przełamać jej kompleksy i brak wiary we własne możliwości, ale zrobiły to! Tak długo zachęcały, prosiły, groziły i szantażowały, czasem wręcz żądały, aż zaczęła robić Apaczowa te swoje tortowe wynalazki, a potem do maszyny też usiadła i już sobie nie wyobraża życia bez tej ręcznej dłubaniny.
 
I dalej już nie było tak łatwo. Bo pierwsze, o czym człowiek myśli, to pozytywny wpływ kogoś na nas i na nasze postępowanie. A potem sobie Apaczowa uświadomiła, że te negatywne bodźce, które wysyłają nam inni też jakoś ważą na naszym życiu.
 
W związku z tym:
 
5. Pod tym numerem wystąpi osoba, której Apaczowa szczerze nie cierpiała przez całe 8 klas szkoły podstawowej.
Osoba, która pełniła rolę swoistej klasowej królowej, z własnym dworem i sługami.
Osoba, której Apaczowa i jej podobne niegodne były buty czyścić (oczywiście w mniemaniu owej królowej, nie żeby Apaczowa sama siebie tak nisko ceniła).
 
To dzięki niej zrozumiała Apaczowa jaka na pewno NIE CHCE być.
A potem, gdy już miała własną córkę, robiła wszystko, aby wpoić jej poczucie własnej wartości, a nie arogancję.


Nie wie Apaczowa, jaka by była, gdyby nie spotkała na swej drodze tych osób.
Ale wie, że miały one spory wpływ na jej sposób myślenia, doceniania drobiazgów i postrzegania świata.













 


środa, 2 listopada 2016

2 urodziny Domu na Przedmieściach, czyli sowy polecają się na prezent.



Weszła w końcu Apaczowa na swego bloga po tej półrocznej nieobecności.

Jakież było jej zdziwienie, kiedy się okazało, że tę swoją przestrzeń w sieci stworzyła już 2 lata temu!

Większość z Was w dwa lata zyskała setki tysięcy wyświetleń i obserwatorów liczonych w tysiącach.

Apaczowa nie miała nigdy aspiracji, aby zostać blogerką roku, ani z nikim się nie ściga w ilości odsłon.

Chciała mieć miejsce, swego rodzaju pamiętnik, gdzie notatki poczyni ze swych myśli, okrasi nie najlepszej jakości zdjęciem i pozna może kilka fajnych osób, z którymi miło będzie wymienić się uwagami w temacie wspólnych zainteresowań.

Czy mogła się spodziewać, że znajdzie tu tak fantastyczne Kobiety, pełne pasji, talentów, a przy tym z sercem na dłoni ochoczo niosące otuchę?
Doceniające na każdym kroku Apaczową miłym słowem i chwalące za talenty, co do istnienia których Apaczowa ma wciąż ogromne wątpliwości?
Którym chce się tu wejść, zobaczyć, co tam Apaczowa znowu namaziała, i zostawić ciepłe słowo?

Takie właśnie znalazła tu Osoby!
Cenniejsze są One niż setki tysięcy anonimowych wejść, które czynią blog popularnym.

--------------------------------------------------------------------

Uwielbiam Was wszystkie moje kochane, ciepłe duszyczki!
Dziękuję Wam za wszystko, co napisałyście, każde słowo, uśmiech i żart tu pozostawiony!
Kocham Was za te Wasze cudowne blogi, które odwiedzam z największą przyjemnością.

A ponieważ tak, jak napisałam ostatnio, to szycie postawiło mnie na nogi, w związku z tym chcę Wam podziękować za Waszą tu obecność tym właśnie, co mi ostatnio sprawia największą przyjemność.

Jeśli zechcecie przyjąć moje amatorskie wyroby, chętnie się z Wami podzielę.

Sowy polecają się do jesiennego przytulania :)













 




Zasady udziału w zabawie:

-  udział może wziąć oczywiście każdy, także osoby, które po raz pierwszy trafiły na mojego bloga, wystarczy wyrazić chęć udziału pod tym postem :)

- nie wymagam udostępniania banerka z informacją o candy, ani polubienia bloga, choć jeśli ktoś chciałby to zrobić, będzie mi bardzo miło :)

- udział w zabawie mogą brać również osoby anonimowe, nie posiadające bloga, proszę wówczas o pozostawienie imienia i e-maila.

- Sówki ze zdjęć mają już nowych właścicieli, więc Osoba, która zwycięży dostanie nową, uszytą specjalnie dla niej. Może to być identyczna sówka, jak na którymkolwiek z tych zdjęć, lub uszyta w dowolnie przez Was podanej kolorystyce. Większa, bez kocyka lub mniejsza, z kocykiem przytulanką. Wybór należy do Zwycięzcy :)

- zabawa trwa do dnia, w którym opublikowałam pierwszego posta, czyli do 17 listopada. Dzień później moja asystentka wylosuje Zwycięzcę ;)

EDIT: gdyby ktoś miał ochotę wziąć udział w candy, ale nie ma ochoty na sówkę, może w przypadku wygranej zamówić  dowolne dynie z poprzedniego postu lub inne uszytki, które jeszcze pokażę przed zakończeniem zabawy :)


-----------------------------------------------------------------------------------

Jeśli macie ochotę, serdecznie Was zapraszam!
(Z drżeniem serca, bo zdaję sobie sprawę, że arcydzieła to to nie są ;))






poniedziałek, 24 października 2016

Rozstania i powroty...


Nie było Apaczowej.
Długo jej nie było.
Pół roku chyba.
Co tu dyskutować z faktami.

Nie będzie się Apaczowa w żaden sposób usprawiedliwiać.
Za dużo przyczyn, za dużo wydarzeń, za mało czasu i chęci.
Potrzebny był odpoczynek psychiczny.
Od wszystkiego.

Wie Apaczowa, że może tu już nikt nie zaglądać.
Mimo wszystko jednak będzie pisać.
Bo przecież przede wszystkim dla siebie.

A ponieważ w międzyczasie nie było tak, że nie robiła zupełnie nic, to pokaże, co ją ostatnio przywróciło do pionu.
Czas zabiera, ale jednocześnie tak dodaje energii, jak nic innego.

Szycie.

Jesień w pełnej krasie, wpadła Apaczowa na dyniowe pole i wygrzebać się nie może...
I nawet nie chce.
Płyną zamówienia, więc szyje i cieszy się z tego szycia jak głupia.

I już się doczekać nie może, kiedy prosto z dyniowego pola wskoczy do działu z napisem "Świąteczne uszytki".

A póki co...
















A tych, którzy postanowili tu jednak zajrzeć, wita Apaczowa chlebem i solą, jak tylko najserdeczniej potrafi ;)


wtorek, 26 kwietnia 2016

Fatum, czyli jak Apaczowa przeżyła deja vu.


Plaga.
Wszystkie plagi.
Egipskie!

Chociaż...
w Egipcie nie mieli samochodów.

Fatum więc.
Przeznaczenie.

Po TYM wpisie popadła Apaczowa trochę w przeświadczenie, że na jakiś czas limit nieszczęść mają wyczerpany.

Niedawno przeżyła jednak deja vu.

Czekała akurat na córkę, aby ją odebrać z popołudniowych zajęć.
Zaczęła przeglądać na telefonie blogi, bo znowu jej się zaległości porobiły, taki okres gorący ostatnio jej się trafił w życiu, że przestała ogarniać.

Gdy zadzwonił szanowny małżonek, zdenerwowała się trochę, że akurat teraz jej przeszkadza, gdy choć kilka minut chciała poświęcić na przyjemności!

A potem zdenerwowała się już kompletnie, gdy zamiast zwyczajowego powitania, usłyszała w słuchawce miażdżące: "tylko się nie denerwuj..."
Czy oni nie wiedzą, że "tylko się nie denerwuj" denerwuje człowieka bardziej, niż cokolwiek innego?!?

Jak się okazało, małżonek Apaczowej kolejny raz został zmieciony z ulicy, na której mieszka.
Tym razem jednak dojechał o jedno skrzyżowanie dalej.
I tym razem zamiast pana trafiła mu się miła pani, która nie widziała znaku "ustąp pierwszeństwa" i wjechała na skrzyżowanie z całym impetem.

Możliwości są dwie: albo to mąż Apaczowej, albo ich auto - któreś ma zainstalowanego czipa przyciągającego nieszczęścia.
Bo czy można to jakoś inaczej wytłumaczyć?

Pani na szczęście była kobietą myślącą logicznie.
Gdy Apaczowa dotarła na miejsce, pani ze skruchą przeprosiła, dodając, że wie, iż przepraszam nie wystarczy.
Bardzo to podziałało na Apaczową i zaczęła kobiecie współczuć, zachowując jednak ostrożność i nasłuchując, czy aby nie usłyszy znowu, że pani jednak nie czuje się winna.
Niczego takiego nie usłyszała, więc obyło się bez policji.

Podczas, gdy mąż Apaczowej uzupełniał informacje o okolicznościach kolizji, pani zdążyła obdzwonić ubezpieczalnię, lakiernika i załatwiła lawetę.
Podziw.

Mąż Apaczowej dopiero w domu zdał sobie sprawę, co go znowu czeka. Nie odpoczął jeszcze po poprzednich ubezpieczycielach, mechanikach i lakiernikach, a tu już trzeba powtarzać wszystko od nowa.
Stwierdził, że niedługo nawet nie będzie musiał się przedstawiać, wszędzie już go będą rozpoznawać po głosie.

Ale cieszą się Apaczowie, że Wódz, jak widać, ma nad sobą rozpięty jakiś ochronny parasol, który pozwolił mu kolejny raz wyjść z takiej sytuacji bez uszczerbku.

W ogóle w tym dniu Apaczowie przeszli samych siebie i rąbnęli hat-tricka!
- córka rozbiła telefon
- Apaczowa rozbiła rtęciowy termometr (jak szaleć, to szaleć)
- mąż rozbił auto (z pomocą miłej pani)

Aż strach pomyśleć, co nawyczyniają 13-go w piątek...

_________________________________________________


A teraz coś, z czym Apaczowa zwlekała o wiele za długo, ale musi się w końcu pochwalić, chociaż nie będzie to w takiej formie, jak chciała.

Otóż w TYM konkursie, organizowanym przez HAPPY PLACE i TĘCZOWĄ ROBÓTKĘ wygrała Apaczowa główną nagrodę, którą była ta cudowna poduszka!!!

 
( zdjęcie stąd )

Jest nią Apaczowa zachwycona! Zresztą była od kiedy ją tylko ujrzała, ale nic nie przebije zachwytu Apaczowej Córki!
Dziecię nie mogło uwierzyć w swoje szczęście!

Obiecała sobie Apaczowa, że zrobi post specjalnie o tej poduszce i nastrzela zdjęć, jak się zainstalowała w pokoju córki, ale sami widzicie... Apaczowa niczego nie może planować.

Zrobi to więc któregoś dnia bez planu, spontanicznie i z radością.
I ma nadzieję, że uda jej się uchwycić piękno tej poduszki co najmniej tak, jak na zdjęciu konkursowym.
Bo kolory, wykonanie i całokształt - to po prostu majstersztyk!

Agnieś! Dziękuję! Z całego serca!




środa, 6 kwietnia 2016

Życie.


Podobno w momencie zagrożenia przesuwa się człowiekowi przed oczami całe jego życie.
Mąż Apaczowej twierdzi, że jedyne, co mu się przesuwało w tym momencie przed oczami, to płot, na którym (jak sądził) zaraz zakończy żywot.

Zjawił się w domu dwie minuty po tym, jak z niego wyszedł, pomyślała więc Apaczowa w pierwszej chwili, że tradycyjnie zapomniał portfela/kluczy/kanapek/plecaka/każdejinnejmożliwejrzeczy.
Jednak gdy poprosił o wydrukowanie oświadczenia sprawcy kolizji, ugięły się pod nią nogi.

- Nie ja jestem sprawcą. Ale stało się to prawie pod naszym domem, więc powiedziałem temu człowiekowi, że wydrukuję.

Nogi Apaczowej nieznacznie wróciły do pionu.
Po obejrzeniu męża i stwierdzeniu, że nie odniósł żadnych widocznych obrażeń, nogi wróciły do pełni sprawności, jednak niemiłe wrażenie trzęsącego się żołądka nie chciało tak szybko ustąpić.

Poszła Apaczowa z mężem na "miejsce zdarzenia" i widząc stan swojego samochodu, przyjrzała się mężowi raz jeszcze, dziesięć razy uważniej.
Czy to możliwe, żeby wyszedł z tego bez zadrapania?

Gdy poznała "sprawcę" natychmiast przestała patrzeć na niego, jak na osobę, którą jeszcze przed chwilą chciała udusić gołymi rękami.
Stał przed nią miły, starszy człowiek, nieco oszołomiony, lecz z uśmiechem nie schodzącym z ust.

Przywitał się grzecznie z chodzącą chmurą gradową, którą w tym momencie musiała uosabiać Apaczowa, czym ją całkowicie udobruchał, a nawet wywołał dla siebie niepomierne współczucie.

Booosz, no naprawdę, czasem człowiek się zagapi przecież, zamyśli, no nie widział pan męża mego, nie dziwię się, ta jezdnia cała autami pozastawiana. No szkoda samochodów, ale najważniejsze, że nic się nikomu nie stało.

- No tak, tylko widzi pani, ja nie wiem, jak pani mąż jechał, ani skąd się wziął, ja tu wyjeżdżałem pięć na godzinę z tej dróżki, rozglądałem się cały czas, jego tu nie było.

Po chwili, po tym dziwnym momencie, w którym Apaczowa niezdolna była do jakiejkolwiek reakcji, udało jej się w końcu spojrzeć na męża, który najwyraźniej ukrywał przed nią do tej pory swe nadnaturalne zdolności materializowania się niespodziewanie w dowolnie wybranym przez siebie miejscu i czasie.

- Jak to? - zdołała z siebie jedynie wydusić, co i tak było błyskotliwe, jeśli się ma na uwadze stan, w jakim się znajdowała.

- No tak, widzi pani, ja nie czuję się winny. Ja zrobiłem wszystko, co trzeba, jechałem wolniuteńko proszę pani, rozglądałem się, ale pani mąż musiał jakoś dziwnie jechać, bo go w ogóle nie było widać!

Mogłaby Apaczowa zacząć podejrzewać męża, że pędził po tej brukowanej ulicy z prędkością światła, gdyby nie fakt, że od wyjazdu z bramy, do miejsca zdarzenia można jedynie zdążyć zmienić bieg z pierwszego na drugi.

Mogłaby również Apaczowa zacząć podejrzewać, że miły starszy pan albo jest niezrównoważony, albo tak go oszołomiła stłuczka, że nie wie, co mówi.

- Nie czuje się pan winny? Dlaczego więc chce pan podpisać oświadczenie sprawcy kolizji?

- Nie chcę. Może to jakoś inaczej załatwimy? Pan sobie pojedzie do mechanika, zrobi wycenę, a ja pokryję koszty z własnej kieszeni, po co tą ubezpieczalnię zawiadamiać mili państwo.

- Pokryje pan koszty? Ale dlaczego, przecież nie czuje się pan winny! - Apaczowa zaczynała po mału tracić cierpliwość do miłego pana.

- No nie czuję się winny, ale już pokryję te koszty, niech to już tylko załatwione będzie. Wiecie państwo, ja jestem geodetą, mam pieniądze.

Poczuła się w tym momencie Apaczowa jak pierwszy lepszy obdartus, którego można przekupić złotówką na wino i straciła do pana resztki sympatii.

- Wyjechał pan z podporządkowanej ulicy, zmiótł mojego męża z jezdni i rozwalił nam samochód, a pomimo to nie czuje się pan winny. Nie będziemy więc sami o tej pana winie rozstrzygać.

Zadzwonił mąż Apaczowej na policję, a miły pan w tym samym momencie złożył podpis na obydwu kopiach oświadczenia sprawcy kolizji.

Panowie policjanci, źli bardzo, że muszą się parać tak przyziemnymi sprawami, zamiast ścigac prawdziwych przestępców, jeszcze bardziej się zezłościli słysząc, że miły pan podpisał oświadczenie i w ogóle nie wiadomo, po co mąż Apaczowej ich wzywał.

Kiedy jednak przeprowadzili swój obowiązkowy, krótki wywiad, okazało się, że oświadczenie miły pan owszem podpisał, ale winny się w ogóle nie czuje.
Gdy zobaczyła Apaczowa miny policjantów, poczuła tak niezdrową satysfakcję, że będzie się pewnie za nią smażyć w piekle.

- Taaak, widzą teraz panowie, dlaczego ich wezwałem? - mąż Apaczowej nie mógł się powstrzymać przed wygłoszeniem tej niewinnej uwagi.

Miły pan zakończył przygodę z mandatem i punktami karnymi, a miły uśmiech do końca nie schodził mu z twarzy.

Pójdzie znowu w świat fama, jak to niewinni ludzie niesłusznie cierpią przez jakichś narwańców.


Przez to i kilka innych wydarzeń, które trochę poprzestawiały Apaczowej codzienność, nie udzielała się ona ani u siebie, ani na swoich ukochanych blogach, za co serdecznie przeprasza.
Tak to czasem bywa, że życie realne dostarcza nam tylu wrażeń, że nie wystarcza już czasu na przyjemności ;)

Nie ma Apaczowa dla Was żadnych świątecznych relacji, a jedyne jajo, jakie Wam pokaże, to takie, które sama "zniosła" od podstaw.
Tort z niespodzianką w środku, na drugie urodziny jej ukochanej chrzestnej córki, czyli jajo, które ta mała istotka kocha przeogromną miłością :)






W czasie nieobecności Apaczowej w wirtualnym świecie działy się tu rzeczy tak cudownie realne, zaskakujące i przyjemne, że brak Apaczowej słów, aby to opisać.
Ale spróbuje w następnym poście te słowa znaleźć, bo musi za coś komuś podziękować najpiękniej, jak umie :)



sobota, 13 lutego 2016

Urodzinowo, część 5 - ponownie Matka Apaczowej.


Gdy czas działa na twoją niekorzyść i wszystko sprzysięga się przeciwko tobie.

Gdy okazuje się, że będą goście, choć miało nie być, w związku z czym musisz się wyrobić na godzinę.
Gdy nie możesz znaleźć tylki do róż (a przecież naszykowałaś ją specjalnie wczoraj wieczorem!) Trudno, nie masz już czasu, więc zrobisz inną.
Gdy śmietana nie chce się ubić, bo masz nową lodówkę i ona jeszcze nie wie, do jakiej temperatury ma ci schłodzić śmietanę. Biegniesz więc do sklepu po nową i traktujesz ją zamrażarką.

Kto zeżarł te trzy dodatkowe babeczki?! One tam leżały na wszelki wypadek! Oddawać!

Jasne, zdążę Mamo, nic się nie martw.
Jak wrócisz z pracy, wszystko będzie gotowe.

Bo dla kogo, jak nie dla Niej Apaczowa stanęłaby na głowie i zrobiłaby wszystko, o co poprosi?
Tym bardziej, że ona prawie nigdy o nic nie prosi.
Niczego nie potrzebuje, bo nie chce robić kłopotów.

Pisała o Niej Apaczowa tutaj.
Aż nie do wiary, że to już rok minął od tamtej pory.

A ponieważ są dwie rzeczy, które Matka Apaczowej uwielbia - kwiaty i babeczki, oczywisty wniosek się Apaczowej nasunął, aby to w jedno połączyć i zamiast tortu zrobić jej taki oto babeczkowy bukiet.




I choć nie była Apaczowa do końca z niego zadowolona, bo ten czas i ta lodówka i brak tylki sprzysięgły się przeciwko niej, to najważniejszy był wyraz zaskoczenia i radości w oczach Apaczowej Matki.

Kocham Cię Mamo!
Z każdym rokiem coraz bardziej.



poniedziałek, 8 lutego 2016

Bujanie w obłokach, czyli mamo uszyj mi chmurę.


Zadanie na godzinę wychowawczą w szkole Córki:
Przynieście przedmiot, który mówi coś o Was.

Nie o tym, kim chcecie zostać w przyszłości, ale o tym, kim i jacy jesteście teraz.
O charakterze.
Jeśli komuś będzie trudno, niech przyniesie coś związanego ze swoimi zainteresowaniami (nie! Nie może to być tablet, ani telefon!).

- Co chcesz zanieść dziecko? Jaki przedmiot obrazuje twój charakter? Co jest symbolem spokoju? Opanowania? Łagodności? No bo jeśli o zainteresowania chodzi, to przecież musiałabyś zanieść cały wór rupieci!
- Mamo! Daj spokój, ja już wybrałam.
- ???
- To proste przecież - chmura. Co chwilę mi powtarzasz, żebym zeszła w końcu z obłoków na ziemię i zrobiła to, o co mnie prosisz.
Uszyjesz mi chmurę, prawda?

....
Nie wiedziała Apaczowa, że jej słowa jednak docierają do tej ślicznej główki.

Bo tak to już jest z tym Apaczowej Dziecięciem. Cudne jest i kochane i uczynne wielce, serce na dłoni niesie.
Ale prawdą jest, że czasem buja w tych swoich obłokach i bywa, że Apaczowa o coś poprosi, dziecię idzie zrobić, jednak odwróciwszy się na pięcie w celu udania się do miejsca docelowego, zapomni już o słowach Matki, układając sobie w głowie w tym czasie trzecią strofę wiersza, dokańczając tysiącpięćsetpiątą w danym dniu pracę plastyczną lub powtarzając rolę na przedstawienie za tydzień.
Potem ocknie się gdzieś pod surowym, karcącym wzrokiem matki, przeprosi i z mocnym postanowieniem poprawy idzie wykonać polecenie. Cóż z tego, kiedy znów po drodze przeniesie się w myślach gdzie indziej, zapomni po co poszła i wróci dokończyć malowanie jednorożca.

Podobno artyści tak mają.
Nie wie Apaczowa, czy to prawda, jednak trzyma się tej myśli kurczowo, coby nie zwariować.

I uszyła chmurę, nie wyobrażając sobie innej rzeczy, która lepiej oddawałaby charakter jej Córki.

(Jak zwykle uprasza się o patrzenie na dzieła Apaczowej z przymrużeniem oka. Nie są idealne, bo nie jest Apaczowa krawcową z zawodu i w dodatku testuje dopiero niespodziewaną niespodziankę od męża - maszynę, do której wzdychała od dawna).




















środa, 20 stycznia 2016

Jak się Apaczowa cieszyła leniwym weekendem.



Spokój.

Tego było trzeba Apaczowej do szczęścia.
Leniwa sobota i niedziela, leniwe pieczenie ciasta z dziecięciem i leniwe jego pochłanianie przy kawie.

Poczucie, że nic nie musi, nigdzie się nie spieszy, nic nie trzeba pilnie, ani na wczoraj.

Mało takich weekendów ma Apaczowa do dyspozycji, bo zazwyczaj, w codziennym pędzie, gdy trzeba tu pójść, to kupić, sprzątnąć, ugotować, pomóc w lekcjach, czy wytłumaczyć temat, sprawdzić pracę na konkurs, poćwiczyć rolę na przedstawienie, wysłuchać zadanych ćwiczeń z gitary, uszyć kostium, upiec tort... dzień się kończy, kończy się weekend i tak naprawdę nie wiadomo, gdzie się podział.

Podejrzewa, że znajdzie wśród Was zrozumienie, bo któż nie zna tego codziennego zabiegania.

I żeby nie było - lubi Apaczowa takie zabieganie, o ile nie trwa za długo. Bo gdy trwa, to marzy jej się wtedy taki właśnie leniwy weekend.

Z dobrym ciastem i kawą.

Obiecała Apaczowa zapełniać przepiśnik od Oli jabłkowymi cudami, ale póki co chciałaby Wam najpierw polecić coś innego - ciasto, które nie jest zbyt słodkie, a zdecydowanie orzeźwiające.

Cytrynowa chmurka/ cytrynowa kostka, jak zwał, tak zwał.

W internecie jest sporo przepisów, różnią się od siebie czasem minimalnie, ale Apaczowa robi z jednego, sprawdzonego, więc ten poleca.








Ciasto:
3 jajka
1/3 szkl. cukru
4 łyżki mąki pszennej
4 łyżki mąki ziemniaczanej
0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżka wody

Białka ubijamy z cukrem. Dodajemy żółtka (po jednym) i miksujemy na wolnych obrotach. Dosypujemy mąki wymieszane z proszkiem i delikatnie mieszamy szpatułką do połączenia. Pod koniec mieszania dodajemy łyżkę wody.
Formę do ciasta wykładamy papierem do pieczenia i wylewamy ciasto. Pieczemy 20 minut w 180st.

Upieczone ciasto (nie urośnie za bardzo) nasączamy mieszanką:
0,5 szkl. wody
2 łyżki soku z cytryny
2 łyżeczki cukru

Odstawiamy i w tym czasie przygotowujemy masę budyniową:
2 budynie śmietankowe
0,5 szkl soku z cytryny
1,5 szkl wody
3/4 szkl cukru
100g miękkiego masła

1 szklankę wody i pół szklanki soku z cytryny gotujemy z cukrem. W pozostałej 0,5 szkl wody rozprowadzamy budynie i wlewamy do gotującego się płynu. Mieszamy, aż zgęstnieje, studzimy.
Miksujemy miękkie masło na puch i dodajemy po łyżce budyniu, aż do dokładnego połączenia.
Wykładamy na nasączony biszkopt i odstawiamy do stężenia.

Masa śmietanowa:
1 galaretka cytrynowa
1 szkl wrzątku
500ml śmietany 36% (ewentualnie dobrze schłodzonej 30%)
2 łyżki cukru

Galaretkę rozpuszczamy w szklance wrzątku i studzimy, aż zacznie lekko gęstnieć.
Ubijamy śmietanę, na koniec dodając cukier. Wlewamy do niej chłodną galaretkę i miksujemy (jeśli masa jest zbyt rzadka można włożyć ją na chwilę do lodówki, a potem ponownie zmiksować).
Przełożyć na ciasto.

Wszystko posypać uprażonymi na suchej patelni płatkami migdałów.

Smacznego :)

********************************

Obiecała Apaczowa Aleksandrze, że pokaże obraz, który jakiś czas temu wyszyła krzyżykami w prezencie dla rodziców.
Nie jest to żadne arcydzieło, a i technika jeszcze pozostawiała sporo do życzenia, ale skoro obiecała, pokazuje.















środa, 13 stycznia 2016

Jak się nie ma, co się lubi... to trzeba to sobie stworzyć, czyli jak Apaczowa odkryła Japonię.






Potrzebowała Apaczowa spinki do włosów.
Nie dla siebie oczywiście, bo włosy związuje jedynie od wielkiego dzwonu.
Dla Córki.

Reszta kostiumu wymagała, aby była to spinka niebiesko-biała, koniecznie w kształcie śnieżynki.

Nie wie Apaczowa, czy tylko ona tak ma, ale gdy szuka konkretnej rzeczy, aby rzecz tę zakupić - w 99% przypadków nie znajduje.

Nie ma w mieście, nie znalazła w internecie (przynajmniej nie taką, o jaką jej chodziło).

Ale przypomniała sobie, że kiedyś widziała w tymże internecie filmik, jak zrobić podobną spinkę, jakimś japońskim bodajże sposobem, polegającym na specjalnym składaniu wstążek.
Takie origami, tyle, że nie z papieru, a z materiału.

Długo nie mogła sobie Apaczowa przypomnieć tej dziwnej nazwy, aż w końcu trafiła przez przypadek.
Kanzashi.
Japońskie ozdoby do włosów, wykonane z materiału, najczęściej w kształcie kwiatów.

Naoglądała się filmików instruktażowych i pobiegła kupić wstążki.

Cięła je na kawałeczki, opalała nad świeczką, składała i znowu opalała.
Zrobiła spinkę dokładnie taką, o jaką jej chodziło.



























W wersji nr 2 - do przypięcia na opaskę.





Nie jest to sport dla niecierpliwych.
Lecz choć Apaczowa jakąś supercierpliwością  nie grzeszy, zafascynowało ją to do tego stopnia, że powiększyła już zapasy wstążek.
Będzie składać.