czwartek, 24 grudnia 2015

Świąteczna opowieść.

Dawno, dawno temu (choć niektórzy mają wrażenie, że nie tak całkiem dawno!), na przedmieściach niewielkiego miasteczka mieszkała mała dziewczynka, która ponad wszystko kochała Boże Narodzenie.

Gdy tylko zaczynał się przedświąteczny czas, chodziła po szkole do największego w mieście domu towarowego i z zachwytem oglądała sklepowe półki, na których piętrzyły się kolorowe bombki.

Stroiła swój mały pokoik, jak tylko mogła najpiękniej, nie przejmując się, że wszyscy otwarcie się z niej podśmiewują, wszak jeszcze miesiąc do świąt!

Ponieważ nie było wtedy tak ogromnego wyboru świątecznych ozdób, była zmuszona radzić sobie sama, wykorzystując każdy skrawek kolorowego papieru oraz... świąteczne kartki.

Zbierała je z zapartym tchem, składając jedna po drugiej do specjalnego pudełka i wyjmując tylko w tym wyjątkowym czasie.

Na jednej z takich pocztówek widniał piękny, adwentowy domek. To była jej ukochana kartka, bo domek był idealny. Wysoka, stara kamieniczka, z podświetlonymi okienkami i ośnieżonym dachem.

Okienka i drzwiczki domu otwierały się, ukazując piękne wnętrza pokoików.

Dziewczynka rosła, ale jej zachwyt nad świetami nie słabł, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się wzmagał.
A wraz z nim pragnienie posiadania cudownego domku z pocztówki.
Taki domek widywała jeszcze potem w różnych amerykańskich filmach i za każdym razem obiecywała sobie, że kiedyś stanie się jego posiadaczką.

Obietnicy postanowiła dotrzymać w tym roku, ponieważ zobaczyła prawie identyczny na jakiejś internetowej stronie i wiedziała, że to nie może być przypadek.

Tak się zainspirowała, że wzięła spory karton po butach, farby, trochę kolorowego papieru oraz klej na gorąco i "włala". Ma swój domek.

I choć nie jest idealny, bo robiony w pośpiechu (przez całe to ostatnie elektryczne zamieszanie), to wie Apaczowa, że i taki cieszy ją niezmiernie.

A w przyszłym roku zrobi z niego prawdziwy adwentowy kalendarz, z prawdziwą adwentową zawartością w każdym maleńkim pokoiku.
















































Kochane moje blogowe Dobre Duszyczki!
Ponieważ dziś Wigilia, więc najpiękniejszy czas dla tej małej dziewczynki, którą nadal jestem w sercu, chciałabym Wam złożyć najserdeczniejsze świąteczne życzenia!
Niech te święta będą dokładnie takie, jakich sobie życzycie!
Niech spełnią się Wasze marzenia i niech otaczają Was sami serdeczni, cudowni ludzie.

WESOŁYCH ŚWIĄT!!!


piątek, 18 grudnia 2015

Międzyblogowy Kącik Czytelniczy - wymianka.


Jakoś na początku roku zapisała się Apaczowa do Międzyblogowego Kącika Czytelniczego, którego pomysłodawczynią i założycielką jest Polinka.

Zobowiązania swoje traktuje Apaczowa zawsze poważnie, ale choć przeczytała wymaganą liczbę książek, to niestety z opisywaniem ich było gorzej, bo zaledwie jedna (JEDNA) sztuka doczekała tego zaszczytu.

Wstyd było strasznie Apaczowej, ale przyznała się otwarcie Polince w poście podsumowującym czytelnicze dokonania członkiń, że najzwyczajniej w świecie poległa, z racji czego nie będzie brać udziału w wymiance, która obiecana była na koniec roku, jako dodatkowy bonus.

Jednak, że Polinka to kobieta o złotym sercu, ulitowała się widać była nad Apaczową, bo włączyła ją do losowania, z którego wynikać miało, kto komu wysyłać będzie paczkę.

I tym sposobem poznała Apaczowa Kasię.
Zakochała się od razu w jej szydełkowym talencie, co dziwne w ogóle nie jest, bo niektórzy tu już pewnie wiedzą, że Apaczowa powinna leczyć swą niezdrową fascynację szydełkiem i szydełkującymi.

Miała Apaczowa niezłą zagwozdkę, co do paczki dla Kasi spakować, bo przykaz Polinki był taki, aby skupić się na rzeczach ręcznie wykonanych, gdyż całą resztę każdy z nas może sobie w sklepie kupić sam.
Wiadomo, że tego, czym się Apaczowa zajmuje najczęściej, wysłać nie może. Jeśli więc nie tort, to co?

Wpadła na pomysł, że skoro święta, skoro taki okres gorący, to świątecznych dekoracji nigdy za wiele.
Kolorystycznie poszła bezpiecznie w biel i czerwień, żeby za bardzo Kasi w domu nie napstrokacić, bo to kolory są, które raczej wszędzie się wpasują.

Na pierwszy ogień poszedł więc wianek, który zrobiła od podstaw, od malowania na biało gałązek, po upieczenie "piernikowego" domku z masy solnej.

Do kompletu zmajstrowała latarenkę ze słoiczka i dołożyła jeszcze kilka "piernikowych" zawieszek z masy solnej.

Paczka dotarła, więc może Apaczowa pokazać.












 
 
 
 
A teraz proszę Państwa gwóźdź programu, czyli paczka od Kasi:






Dziękuję Ci Kasiu!!!
Zwłaszcza za te szydełkowe cudne kwiatuszki i jedną z tych ślicznych kartek, które robisz sama. A świąteczna świeczka pachnie po prostu nieziemsko.








wtorek, 8 grudnia 2015

Minionkowy epilog oraz prezent od Aleksandry.


Skończyli i poszli.

A zanim poszli, rozorali ściany, wykuwając bruzdy w kształcie przypominającym korytarze budowane przez mrówki.
Od strychu, przez poddasze, parter, aż do piwnicy.

Nanosili błota w ilościach, z których Apaczowa mogłaby usypać górkę pod skalniak.
Nauczyli Apaczową nowych, łacińskich słów, w kombinacjach, o których jej się nie śniło.

Opowiedzieli połowę swego zawodowego życia, przytaczając mrożące krew w żyłach historie o ludziach, którzy "przy okazji" prowadzenia nowych elektrycznych przewodów, żądali wymiany starych instalacji.
Bezpodstawnie.
Za friko.

Nie odzywała się Apaczowa, choć język ją świerzbił, aby wypomnieć im przerwany niedawno w ogrodzie kabel od dzwonka przy furtce.
Niech tam.
Nie chce potem Apaczowa figurować na liście tych, co "bezpodstawnie" i "za friko" żądają.

Podczas przewiercania stropów dowiedziała się Apaczowa, co sądzą o niemieckim systemie budownictwa.
Przy tej okazji nauczyła się chyba najwięcej łacińskich zwrotów.

Kilka razy oddawała zapomniane czapki, bluzy, młotki i garście drobiazgu pozostałego po ich wizytach.

Czuła się czasem, jak Edward Nożycoręki, któremu ktoś przez pomyłkę zamiast nożyc przyczepił do jednej ręki zestaw do odgruzowywania, a do drugiej mop.
 
Wykuli te korytarze w ścianach, położyli w nich przewody, popaćkali gipsem, co 20 cm i poszli.
Podobno nie wrócą.
 
Nie był to jednak absolutnie koniec dla Apaczowej i pozostałych domowników.
Po minionkach zostały bowiem poprzesuwane szafy i owe naścienne korytarze, z którymi cos trzeba było przed świętami zrobić.
Zamiast więc wpaść w wir tworzenia przedświątecznej atmosfery, cały dom ogarnął wir szaleńczego łatania i malowania ścian, ustawiania na swoim miejscu mebli i przywracania ogólnego ładu i porządku.
 
I żeby była jasność - zgodę na cały ten cyrk Ojciec Apaczowej podpisał 2,5 roku temu.
Z zapewnieniem, że wymiana tej instalacji na całej dzielnicy zacznie się nie później, niż za 2 miesiące i "paaaanie, do lata, to pan zapomni, że my w ogóle byliśmy!".
Zaczęli po ponad dwóch latach i skończyli 3 tygodnie przed świętami.

To będzie prawdziwy cud, jeśli przy wigilijnym stole nie spojrzy Apaczowa gdzieś w przypadkowy kąt i nie znajdzie tam jeszcze kawałka zapomnianego gruzu.
 
********************
 
A teraz coś, o czym już dawno miała Wam Apaczowa napisać, ale przez ten cały chaos, nie miała chwili spokoju, żeby nawet zdjęcie zrobić.
 
Nadal nie ma, ale już czekac dłużej nie będzie, więc zdjęcia są, jakie są, najważniejsze, co na nich.
A na nich moi drodzy Skarb.
 
Ktoś powie - jaki skarb? Zeszyt przecież, z czerwoną okładką. I tyle.
A wcale nie.
Zwykły zeszyt, to sobie można kupić w papierniczym, a TO moi Państwo, to jest prawdziwy skarb, taki najcenniejszy, bo podarowany z serca.
I z dedykacją specjalnie dla Apaczowej.
I z piękną, jabłkową okładką, jakiej w papierniczym nie znajdziecie.
 
To jest przepiśnik na jabłkowe cuda!
I pierwszy przepis już w nim sobie siedzi, napisany ręką Aleksandry, od której to cudo Apaczowa dostała.
I taki jest zamiar Apaczowej, żeby calutki się wypełnił najpóźniej w przeciągu roku, samymi jabłkowymi, sprawdzonymi wspaniałościami.
Bo jabłka Apaczowa kocha, a za szarlotkę mogłaby dać się pokroić.
Czy mogła więc dostać coś piękniejszego?


Dziękuję Ci Aleksandro!
Naprawdę nie mogłaś mi sprawić większej radości.
 









A pod koniec tygodnia wpadnie tu Apaczowa w końcu ze świątecznym projektem.
W KOŃCU, bo to przecież już ostatni dzwonek na litość...










wtorek, 20 października 2015

Liebster Award, czyli Apaczowa się wywnętrza.



W ubiegłym tygodniu spotkała Apaczową podwójnie niespodziewana niespodzianka, a mianowicie otrzymała dwie nominacje do nagrody Liebster Award, od dwóch niesamowitych, utalentowanych Kobiet.







Pierwsza od Doroty z bloga Dorota na Przedmieściach, a druga od Ani z O sobie dla mnie.

Odpowie Apaczowa w takiej kolejności, w jakiej otrzymała pytania, więc jako pierwsze od Dorotki:

1. Do czego potrzebny jest Ci blog?
Właściwie odpowiedź zawiera się w pierwszym moim poście, czyli TU. W wielkim skrócie powiem więc, że głównym powodem jest ocalenie od zapomnienia moich wspomnień i myśli. I bardzo żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej.

2. Posty planujesz czy powstają spontanicznie?
Zdecydowanie spontanicznie. Wszystkie zaplanowane tytuły siedzą sobie grzecznie w poczekalni, bo oprócz tytułu nie ma w nich nadal żadnej treści ;))

3. Z czego jesteś najbardziej zadowolona na blogu?
Z tego, że poznałam dzięki temu wiele wspaniałych Kobiet, wiele osobowości i talentów, które chcą poświęcić wolną chwilę i skrobnąć tu do mnie kilka słów, co mnie niesamowicie za każdym razem dziwi i wzrusza.

4. Wolisz filmy czy zdjęcia?
Jedno i drugie ma swoje zalety. Ostatnio popłakałam się na filmie z drugich urodzin Córki. Zdjęcia nie przypomniały mi o tym, jak cudnie w jej ustach brzmiało słowo "musia".

5.  Idealne czy ręcznie robione?
Ręcznie robione, bez dwóch zdań. Choć patrząc na niektóre z tych utalentowanych Kobiet, o których wspomniałam wyżej, ręcznie robione też może być idealne :)

6. Trendy to coś czym się przejmujesz?
Jedynie jeśli chodzi o Córkę. Tu z wieloma trendami - chcąc nie chcąc - muszę być na bieżąco.

7. Jesteś ranny ptaszek czy nocny marek ?
Zdecydowanie nocny marek. A rano ranny ptaszek zazwyczaj usiłuje mi wbić do głowy nieco rozumu ;)

8. Co przeważa w Twoim życiu - plan czy spontan.
Odkąd mam Dziecko lubię mieć wszystko zaplanowane. Połowa z tych planów i tak bierze w łeb, ale się nie poddaję.

9. Robisz listy - to do?
Tak! Mnóstwo. I chyba zaraziłam Córkę, bo od kilku lat przed każdym wyjazdem robi własną listę rzeczy, które koniecznie musi spakować.

10. Co Cię uszczęśliwia?
Spokój. Czyli dni, kiedy nie wstaję rano z myślą, że czeka mnie coś nieprzyjemnego.
I te, kiedy jest czas usiąść z Córką i przy kubku gorącej czekolady obejrzeć setny raz "Przyjaciół".

11. Czy masz już plany na wakacje?
Aż tak daleko moje planowanie w przyszłość nie wybiega ;))


A teraz pytania od Ani:
1. Co skłoniło Cię do założenia bloga?
Ocalić od zapomnienia - ta myśl mi przyświecała, kiedy zaczynałam pisać.

2. Od czego zaczynasz dzień?
Od patrzenia przez okno. Te 5 minut, kiedy obserwuję budzący się świat - bezcenne.

3. Gdzie widzisz siebie za 5 lat?
Mam nadzieję, że w końcu we własnym domu.

4. All inclusive czy podróż bocznymi drogami?
Może i all, ale skąd mam wiedzieć, kiedy nie próbowałam? ;))

5. Blogi kulinarne - pokusa czy inspiracja?
Inspiracja! I pokusa...

6. Zawsze sałatka czy czasem frytki?
Zawsze frytki, czasem sałatka. Ech.

7. Gdyby można było wybrać, być może ponownie, lepiej być pracownikiem, czy pracodawcą?
Pracodawcą. Ale teraz nie popełniłabym już tych błędów, które popełniłam jako młody przedsiębiorca.

8. Dokąd pojechałabyś na weekend, tak od razu, bez wahania?
Do Warszawy. Post czeka na zrobienie, więc trochę o Warszawie jeszcze będzie.

9. Jakiego języka chciałabyś się nauczyć?
Espanol. Marzy mi się. Kto wie, może...

10. Do czego masz słabość?
Do szydełka. Nie potrafię mu ostatnio odmówić swojego czasu ;))

11. Jak długo potrafisz wytrzymać bez internetu?
Yyyy...trzeba szczerze przyznać, że u mnie to już rodzaj uzależnienia, więc... no.


Kochane Kobietki, dziękuję Wam serdecznie za te wyróżnienia! To ogromnie ważne dla mnie, że doceniacie to, co robię i zaglądacie tu do mnie.

Co do moich nominacji... myślę, że zrozumiecie, jeśli nikogo nie wyróżnię. Wszystkie blogi, które obserwuję zasługują na te nominacje, ale niektóre z Was już dostały ich kilka, albo macie ręce pełne roboty, więc komu by się chciało odpowiadać na moje pytania.
Chciałam jednak z tego miejsca podziękować wszystkim Wam za to, co robicie. Każdej z Was życzę, abyście się spełniały w tym, co robicie i nadal raczyły nas swoją twórczością.

Na koniec jeszcze coś słodkiego, żeby nie było, że Apaczowa już tylko szydełkiem wywija ;))







P.S. Apaczowa - gapa nie z tej ziemi, opublikowała post zanim go dokończyła...
Dziękuję więc za komentarze, które pojawiły się jeszcze zanim kobiecina ogarnęła ten chaos ;))











środa, 7 października 2015

Powrót marnotrawnej Apaczowej.

 
Wstyd...
Wstyd niesamowity.
Siedzi Apaczowa i nie wie, jak Wam w oczy spojrzeć, od czego zacząć i na czym skończyć.
 
Jakie wielkie słowa wypisywała na początku, że sobie tu pisać będzie dla siebie samej, a miejsce to ma być dla niej motywacją do systematyczności i regularnych zapisków ważniejszych dla niej wydarzeń i co?
I taka regularna jest, że miesiąc nic nie zapisała, a przecież było o czym!
 
Wstyd Apaczowa...
Przez ten czas zaczęły tu zaglądać cudowne Osoby i żeby jedna z nich musiała Ci aż przypomnieć, coś obiecywała?

Ruszyło ją coś w środku, bo kobiecina uwierzyć nie mogła, że ktoś za nią rzeczywiście zatęsknił i z energią nową powzięła postanowienie, że nigdy już się tak nie zapuści.
 
Bo wstyd.
 
Ale żeby nie było, że to z samego tylko lenistwa, to powiedzieć należy, że w czasie, który minął od ostatniego wpisu spadły na Apaczową bodaj wszystkie plagi egipskie, a zwłaszcza jedna, która spadła i trwa i wygląda na to, że szybko sobie nie pójdzie.
 
Otóż nawiedziła osiedle Apaczowej ekipa minionków, która zaczynając skoro świt, a kończąc późnym wieczorem pruje chodniki i przydomowe ogródki w celu unowocześnienia instalacji elektrycznych.
Grupa minionków kilka razy już doprowadziła do wysadzenia korków, przecięła przewód od dzwonka przy furtce i przydusiła trawę w ogrodzie toną wykopanej pod przewody gliny. Lecz jednocześnie ta sama ekipa kopie rowy kształtem przypominające trasę slalomu, aby oszczędzić róże i tuje, tak czule pielęgnowane przez Matkę Apaczowej.
 
W związku z akcją przecinania różnorakich przewodów i wysadzania korków, jeden z laptopów musiał skorzystać z psychologicznej pomocy serwisu, bo popadł w czarną rozpacz i ekran nie chciał mrugnąć do Apaczowej ani jednym pikselem.  
Odtąd Apaczowa włączała wszelkie elektroniczne urządzenia jedynie wtedy, gdy minionki udawały się na spoczynek, a w ciągu ich dziennych szaleńczych wykopków usiłowała znaleźć sobie zajęcia innego typu.
 
Znalazła.
Własciwie nie szukała długo, bo takie jedno marzenie jej się tłukło po głowie już od dawna, ale jakoś wciąż brakowało jej czasu na jego realizację.
Teraz odcięta od wszelkiej elektroniki mogła w końcu zająć się tym, czym kilka dobrze znanych jej blogerek kusi w swoich wpisach...
 
Szydełko.
 
To jedno słowo sprawiało, że Apaczowa toczyła ślinę na widok cudów powstających pod dotykiem tego cudownego narzędzia i miała wrażenie, że to jakaś czarodziejska różdżka jest, bo gdzie zwykły mały kawałek metalu czy tworzywa potrafiłby takie cuda czynić?

Ale wiedziała Apaczowa, że te czary to właściwie w rękach tych szydełkowych Mistrzyń siedzą i te czary talentem się zwą po prostu.

Wiedziała, że Mistrzyniom nigdy nie dorówna, ale zaczęła sobie coś tam nawijać, jakieś niteczki przeplatać i kolory łączyć, aż nie mogła uwierzyć, gdy pewnego razu dosyć ładny babciny kwadrat jej wyszedł, którego pruć nie trzeba było i nawet za podstawkę pod kubek mógłby bez wstydu służyć.
Zachęcona tym niewielkim sukcesem postanowiła dziergać dalej, może nawet poduszka jaka w końcu wyjdzie.
 
Tak się rozpędziła, aż stwierdziła, że na poduszkę nadziergała zdecydowanie za dużo, może by więc jaki dziecięcy kocyk zmajstrować, ale gdy i ta ilość udziergana została, doszła Apaczowa do wniosku, że szkoda materiału i rzuca się od razu na ilości hurtowe w celu zszycia z kwadratów narzuty na łóżko Córki...
 
Aż się boi Apaczowa co będzie, gdy wydzierga ilość na tę narzutę wystarczającą...
 

 
 

 
 
 
 
 

 
 

 
 







środa, 19 sierpnia 2015

Jak to w upale...


36 stopni w cieniu.

Żar leje się z nieba.
Trawa błaga o kroplę wody.
Warzywnik woła o pomstę do nieba.

Ptaki zamilkły, zaschło im w gardziołkach.
Pszczoły parzą bose stopy rozgrzanym pyłkiem.

Córka Apaczowej parzy stopy na rozgrzanym betonie.
Dobiega do trawy i wskakuje do basenu, po czym nad basenem unosi się obłoczek pary, powstały podczas kontaktu rozgrzanych stóp z chłodną wodą...

Apaczowa obserwuje to wszystko z kuchennego okna.

Apaczowa piecze.
Żar leje się z Apaczowej.
Milczy, bo zaschło jej w gardle.
Nie ma czasu napić się wody.
Parzy sobie dłoń rozgrzanym piekarnikiem.
Obłoczek pary wzbija się podczas kontaktu rozgrzanej dłoni z chłodną wodą...

Ledwo zipie.
Ale piecze.

A potem jeszcze dekoruje.

36 stopni w cieniu...








Mickey i jego auto to zabawki.
Miały zostać na pamiątkę po "pierwszoroczkowym" torcie.



sobota, 8 sierpnia 2015

Garść praktycznych wskazówek, czyli Apaczowa się wymądrza.


Moje drogie Koleżanki, z góry uprzedzam, że jest to długaśny post dla podobnych do mnie tortowych zapaleńców, którzy chcą pobawić się masą cukrową, ale nie bardzo im wychodzi, albo robią w ogóle po raz pierwszy.

Nie jestem cukiernikiem, lecz samoukiem, ale coś tam już na tej swojej tortowej drodze przeszłam, więc skoro zostałam poproszona o kilka rad, chętnie ich udzielę na zasadzie "jedna baba drugiej babie" ;))
 
--------------------
1. BISZKOPT.
 
Tu od razu zaczynają się schody. Na wszystkich filmikach instruktażowych o dekorowaniu tortu masą cukrową, angielskie panie używają dość grubych warstw sztywnego, twardego biszkoptu, przekładają je tylko jakąś marmoladą lub cienką warstwą lukru, szpachlują masą maślaną i dekorują.
Pomyślałam sobie, że wszystko fajnie, taki tort pięknie wtedy trzyma kształt, ale co ze smakiem?

Robię więc biszkopt ze sprawdzonego przepisu, który jest mięciutki i puszysty, a przekładam go zazwyczaj kremami na bitej śmietanie z różnymi dodatkami, bądź kremem mascarpone. Czasem dodaję owoce.

Moim zdaniem najlepsze połączenie to czekoladowy biszkopt, krem śmietanowy i wiśnie.

Przepis na ten biszkopt znalazłam na jakimś blogu, ale było to mniej więcej dwa lata temu, więc niestety nie pamiętam, na którym. Obiecuję jednak, że jeśli kiedyś znajdę źródło, to uzupełnię.

6 jajek
1 czubata szklanka cukru
0,5 szklanki mąki pszennej
0,5 szklanki mąki ziemniaczanej (nie skrobi!)
3 łyżki kakao
1 łyżka soku z cytryny lub octu
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka oleju
1 łyżeczka wody

Ten sam przepis wykorzystuję do zrobienia jasnego biszkoptu, ale wtedy zamiast 3 łyżek kakao, dodaję 1 czubatą łyżkę dowolnej mąki.

Oddzielamy żółtka od białek. Białka ubijamy na sztywno, pod koniec ubijania dodajemy partiami cukier.
W drugiej misce mieszamy żółtka z proszkiem do pieczenia oraz łyżką octu (lub soku z cytryny).
Wymieszane żółtka wlewamy do białek i delikatnie mieszamy przez chwilkę mikserem na najniższych obrotach.
Do sitka wsypujemy obie mąki i kakao, a potem przesiewamy to po troszeczku do białek i mieszamy bardzo delikatnie szpatułką (nie mikserem!), aż do momentu, w którym nie będzie grudek. Jeśli zrobicie to za szybko, lub za długo, masa przestanie być puszysta, a biszkopt będzie ciężki. Na koniec wlewamy ostrożnie łyżkę oleju, potem wodę, delikatnie mieszamy do połączenia, dosłownie przez chwilkę.

Dno tortownicy wykładamy papierem do pieczenia, wlewamy delikatnie masę, pieczemy ok 45 minut (do suchego patyczka) w 170 stopniach (ta temperatura jest odpowiednia przy moim piekarniku, u Was może być potrzebna odrobinę niższa lub wyższa).

Po upieczeniu od razu wyjmujemy biszkopt z piekarnika i zrzucamy go z wysokości ok 30cm (oczywiście nadal w blaszce).

Studzimy i dopiero wtedy wyjmujemy z tortownicy.

Nasączamy przeważnie wywarem herbacianym z cukrem i sokiem z cytryny (bardzo delikatnie, bo ten biszkopt i tak już jest mięciutki).

Na bazie tego biszkoptu robię różne wariacje, np. zebrę, która była użyta przy TYM torcie.
 
Niedługo mam zamiar wypróbować przepis na ten sztywny, gruby biszkopt z angielskiego przepisu, dam znać, jak to potem wygląda jeśli chodzi o smak ;))

O kremach nie będę już pisać, to wyłącznie Wasza fantazja podpowie Wam, czego użyć. Może to być naprawdę wszystko: bita śmietana + wiśnie, śmietana+mascarpone+pokruszony baton (pycha), kremy owocowe, dżemy, z dodatkiem owoców lub bez.
 
-------------------------------
2. SZPACHLOWANIE.
 
To nic innego, jak obłożenie tortu masą maślaną, w celu przygotowania go pod masę cukrową.
To jeden z najważniejszych kroków, bo od niego zależy, czy masa cukrowa będzie wyglądała ładnie i równo.

Podstawowym błędem jest używanie do tego celu kremu na bazie śmietany, najczęściej tego samego, którym przekładaliśmy tort. Śmietana powoduje rozpuszczanie masy cukrowej, więc tort będzie się pocił, a masa może się zwyczajnie topić.

Używamy więc do tego celu masy maślanej.
200g masła
400g cukru pudru
1 łyżka wrzątku

Miękkie masło miksujemy, aż będzie puszyste, dodajemy cukier i dalej miksujemy (będzie gęste). Dolewamy łyżkę wrzątku i znów miksujemy. Masa powinna mieć taką konsystencję, aby łatwo dało się ją rozsmarować na torcie, jeśli więc widzimy, że jest za gęsta, dodajemy jeszcze odrobinę wrzątku.

Ja robię podwójną ilość tej masy, żeby się nie stresować, że zabraknie jej w trakcie nakładania na tort. Jeśli coś zostanie, przykrywam folią spożywczą i wykorzystuję później, bo warstwy tej masy nakłada się stopniowo:

Pierwszą warstwę nakładamy na tort, wyrównujemy górę i boki (najlepiej specjalną metalową skrobką, ale ewentualnie może być prosty nóż).
Wkładamy do lodówki na godzinę.

Drugą warstwę nakładamy już cieniej, służy ona wyrównaniu dziurek i wygładzeniu tortu.
Odstawiamy znów do lodówki i w razie potrzeby nakładamy trzecią warstwę.
Wkładamy do lodówki na minimum 3 godziny, a najlepiej na całą noc.

Nie chodzi o to, aby warstwy masy maślanej były grube. Wręcz przeciwnie, powinny być w miarę cienkie, ale dokładnie pokrywać wszelkie nierówności.
Dodatkowo izoluje ona krem ze środka tortu od masy cukrowej oraz pełni oczywiście rolę kleju do tejże.
 
------------------------------
3. MASA CUKROWA.
 
Tu wypróbowałam kilka opcji:
Pierwszą i najdłużej wykorzystywaną jest ta ze zrobieniem masy cukrowej samodzielnie.
 
800g cukru pudru
3 łyżeczki żelatyny
3 łyżeczki glukozy
50ml wrzątku
 
Cukier przesiewamy. Żelatynę rozpuszczamy we wrzątku, dosypujemy do niej glukozę i mieszamy do rozpuszczenia. Wlewamy stopniowo do cukru (być może nie zużyjemy całego płynu, dlatego nie należy wlewać wszystkiego na raz). Zagniatamy, jak ciasto, aż do uzyskania konsystencji miękkiej plasteliny.
 
Niestety masa ta nie jest zbyt elastyczna i zdarzało się na początku, że rwała się przy nakładaniu na tort, ponieważ bardzo szybko schnie i pęka. W związku z tym każdy kawałek, którego akurat nie wykorzystujemy, należy szczelnie owijać w folię spożywczą.
Można dodać do tej masy kawałek planty, ale to i tak niewiele zmienia, jeśli chodzi o jej elastyczność.
 
Dlatego od niedawna do obłożenia tortu wykorzystuję masę gotową, Irca Dama Top. Różnica jest kolosalna, można robić poprawki bez strachu, że za chwilę zaschnie lub się porwie. Jednak ta masa z kolei schnie dosyć długo, dlatego jeśli jakąś ozdobę robię w ostatniej chwili i musi szybko wyschnąć, albo zależy mi, aby była bardzo twarda, to robię ją z tej własnoręcznie robionej masy cukrowej. W taki sposób jest zrobiony TEN TORT. Dół jest pokryty zabarwioną Ircą, a kokarda ze zwykłej masy cukrowej.
 
Żadna z nich jednak nie nadaje się do robienia figurek, jedna schnie za szybko, druga za wolno. Do tego celu używam więc specjalnego lukru do figurek Saracino.
 
Nie wiem, czy są to najlepsze lukry, bo nie mam porównania. Zarówno Irca, jak i Saracino sprawdzają się świetnie, więc nie mam potrzeby próbowania na razie niczego innego.
 
Uwagi:
 
* Podczas wałkowania każdej masy musimy pamiętać, aby mieć w zanadrzu cukier puder i nim podsypywać blat, żeby masa się do niego nie przyklejała. Im cieniej rozwałkujemy masę, tym więcej będzie widać nierówności na torcie i trudniej będzie przenieść na niego masę, ale nie może być też ona zbyt gruba, bo będzie wyglądać nieestetycznie i ciężko.
 
* Należy pamiętać, aby nakładać masę na tort umieszczony już na docelowej paterze, czy specjalnej tekturowej podkładce, bo jeśli będziemy ruszać tort po jej nałożeniu, może ona popękać, albo zacząć się odklejać.
 
* Rozwałkowana masa cukrowa musi być oczywiście odpowiednio większa od powierzchni tortu z bokami, bo gdy zaczniemy ją zbyt mocno naciągać po nałożeniu na tort, zacznie się rwać.
 
* Po rozwałkowaniu najlepiej przenosić masę na tort nawijając ją najpierw na wałek, oczywiście obficie posypaną cukrem pudrem, aby się nie lepiła sama do siebie.
 
* Gdy masa będzie już na torcie, zaczynamy wygładzanie jej od góry, następnie stopniowo schodzimy w dół, naciągając delikatnie od dołu jej nadmiar i wyrównując boki.
Kiedy wszystko już dokładnie się przykleiło, odcinamy nadmiar masy przy podstawie tortu.
 
--------------------------------------------------

Nie wiem, czy pomogłam, bo być może wszystko to już wiecie, a na pewno nie są to rady dla zawodowych cukierników, którzy swoją wiedzą mogliby mnie powalić na ziemię i przydepnąć obcasem ;))
Jeśli jednak choć jedna osoba stwierdzi, że na coś jej się to przyda, to będę nieziemsko zadowolona :))





czwartek, 6 sierpnia 2015

Znów starsza o rok. Urodzinowo, część 4 - Apaczowa.



Kolejny rok, kolejne urodziny, kolejna cyfra do kolekcji.
Kolejny raz kręcenie głową z niedowierzaniem i kolejny raz tekst typu: jak ten czas leci!

Urodziny w lipcu nie mogą obejść się bez przyjęcia w ogrodzie, bez gości i zapachu grillowanych potraw.
I nawet pogoda jakby postanowiła zrobić prezent Apaczowej i podarowała piękne słońce, dzięki czemu nie przybiła Apaczowej ta kolejna zmiana cyferki, a tańce, hulanki i swawole trwały do późnej nocy.

Tylko z tortem miała Apaczowa problem, bo przerosła ją ilość pomysłów i nowych technik do wypróbowania.
Może szprycą ozdobić?
Albo malowany!
Albo z pawimi piórami, byłby piękny...
Jednak ta szpryca chyba...
A może bez ozdób, tylko kremem przełożyć i owoce rzucić...
Nie, pomyślą, że czasu nie miała, albo jej się nie chciało...

Aż w końcu słyszy Apaczowa: "mamo, przecież to jakby prezent od ciebie dla ciebie, więc zrób sobie w kształcie prezentu!".

No to jest.
Apaczowej prezent na jej własne, trzydzieste czwarte urodziny.









sobota, 11 lipca 2015

Zielony ninja, czyli jak Apaczowa nie nadąża za trendami.


Głównego bohatera tej opowieści poznała Apaczowa dopiero w dniu, w którym dostała zamówienie na ten tort.

Jej pierwsze skojarzenie, gdy usłyszała "zielony ninja", to oczywiście jeden z owych Wojowniczych Żółwi, które robiły furorę, gdy Apaczowa była dzieckiem i razem z bratem siadywała przed ekranem, aby przeżyć kolejną przygodę wraz z Leonardo, Donatello, Michelangelo i Raphaelem.

Okazało się jednak, że owe żółwie chyba już na dobre schowały się w swych kanałach, z głuchym łomotem zatrzaskując za sobą ciężkie, żeliwne włazy.
Nie o takiego bowiem ninję chodziło.

Bohater, z którym przyszło się Apaczowej zmierzyć, to jeden z wojowników Lego Ninjago, niejaki Lloyd, którego charakterystyka jest jednak zbyt skomplikowana, aby go Apaczowa dobrze poznała, jeśli nie obejrzy przynajmniej kilku odcinków serialu o tych walecznych ludzikach.
Ponieważ jednak Apaczowa serialu nie ma zamiaru oglądać, bohater ten nadal pozostanie dla niej zagadką.

Zagadka ta kosztowała Apaczową zaledwie kilka dodatkowych siwych włosów, oraz jedynie kilka nieprzespanych nocy.

(Z góry Apaczowa przeprasza za nieczarną czerń na zdjęciach, jednak zdjęcia te robiła w biegu, zanim jeszcze tort został "odkurzony" z nadmiaru cukru pudru.
Uprasza się więc o użycie wyobraźni w celu uzyskania czarnej czerni na obrazkach...)