środa, 3 czerwca 2015

Komunijny. Ostatni.

 
Co się będziemy rozpisywać.
 
Zażądała sąsiadka tortu na komunię swej najmłodszej córki.
Nie wyobrażała sobie ponoć, aby zlecić to komuś innemu, bo kto inny mógłby zrobić taki tort, jaki jej się marzy.
A marzył jej się taki, który byłby odwzorowaniem pokomunijnej sukienki, co to się ją zakłada po uroczystym obiedzie, zamiast alby.
"Góra pikowana, dół w falbanki, kokarda ma być, a resztę to już Apaczowa zostawiam twojej fantazji".
 
Fantazję musiała jednak Apaczowa pohamować, gdyż przy tej ilości faktur wszelkie "kwiatki, bratki i stokrotki" byłyby już zdecydowanie przesadą. Dorzuciła więc tylko krzyżyk, hostię i tabliczkę z imieniem i w takim stanie oddała sąsiadce.
 
(Pod masą cukrową tort szwarcwaldzki, najczęściej wybierany przez rodzinę i przyjaciół Apaczowej.
Sama też uwielbia, więc robi go z przyjemnością).
 
"Włala".




 

 

 
 


25 komentarzy:

  1. Cudo!!!!
    Gdzie jest Dom na przedmiesciach ? daleko od Doroty na przedmieściach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Dorotko :)
      Czy daleko, to zależy, gdzie jest Dorota na przedmieściach :D Bo Dom na przedmieściach to pomorze zachodnie :))

      Usuń
  2. I te misterne falbanki zostały zjedzone?! Wykonanie perfekcyjne :)
    PS Naprawdę ostatni?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zjedzone wszystko oprócz krzyżyka i hostii ;))
      Ostatni komunijny Olu. Potem jeden urodzinowy w czerwcu i już więcej zamówień nie przyjmowałam :)

      Usuń
  3. Ja po taki torcik to cała Polskę przejadę! Kolejne cudo:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Elu, musiałabyś go chyba skonsumować na miejscu, ponieważ obawiam się, że nie przetrwałby, gdybyś chciała go zabrać ze sobą w drogę powrotną ;))
      Dziękuję Ci i serdecznie pozdrawiam!

      Usuń
    2. Nie ma problemu! To kiedy ma się zgłosić po odbiór:)

      Usuń
  4. O kurcze! To teraz tutorial poproszę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łooo jej, to już trochę za późno, chyba, że taki bez zdjęć ma być :D

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Dziękuję Grażynko, ale do mistrzyni, to mi jeszcze baaaaardzo daleko ;))

      Usuń
  6. ja już wróciłam:)
    ps. czy ja coś wspominałam o ręce i proszeniu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stęskniłam się :)
      A ma ręka jest Ci już obiecana ;))

      Usuń
  7. Normalnie kłaniam Ci się w pas! Świetna robota! Mój wzrok nigdy nie biegł w stronę tortów komunijnych, zawsze kojarzyły mi się z barokowym przepychem (podobnie jak zazwyczaj towarzysząca komunii otoczka), ale Ty zrobiłaś to naprawdę z gracją i z klasą. Pięknie! :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż nie wiem, co napisać! Takie słowa naprawdę niesamowicie dodają człowiekowi skrzydeł :))
      Dzięki Aga!

      Usuń
  8. O mamusiu!!! istne cudo!!! zdolniacha z Ciebie!!

    OdpowiedzUsuń
  9. O mamusiu!!! istne cudo!!! zdolniacha z Ciebie!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo!!!
      I ściskam serdecznie :)

      Usuń
  10. Apaczowa jest ścichapęk! Apaczowa Barbie wyskoczylaby z tortu z zawiazanymi oczami :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, witam Cię Kaczko! I od razu najmocniej dziękuję, to niesamowite być chwaloną, jednak czuję się zdecydowanie przeceniana :))
      Poza tym ja nie mam takiego Norweskiego, co by mnie molekułami wsparł i nowe techniki pieczenia Barbiów opracował :D

      Usuń
  11. łał !!! az mi oka wyszly z dołków... taka kokarde to sie kleci samemu? i jakim cudem te delikatne falbanki sie trzymaja (przepraszam za wyrazenie) kupy? No w sensie, ze najlzejszy podmuch wiatru ich nie strzaska w 1000 kawalków?
    I w ogóle jak wy wszystkie te torty tak umiecie??? ja ciastka równo nie potrafie wykroic...
    Wyrazy podziwu raz jeszcze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu nie do wiary, sam Diabeł do mnie zawitał!!! Kaczka to ma jednak moc sprawczą ;))
      Taką kokardę jak najbardziej samemu, chociaż moje pierwsze zdecydowanie tak nie wyglądały, a ta już zupełnie pierwsza to w ogóle kokardy nie przypominała, a bardziej jaką rozjechaną dżdżownicę ;)
      Tego rodzaju falbanki robiłam po raz pierwszy i jak widać nie taki diabeł (za przeproszeniem) straszny, jak go malują. Się wałkuje, się wycina, się wygładza i rozciąga brzegi, a potem już tylko hop na tort i następna. Grunt, żeby zdążyły stwardnieć przed oddaniem, a wtedy żaden wiatr im nie straszny.
      Za podziw ogromnie dziękuję, jednak z uporem maniaka powtarzać będę - jeszcze długa droga przede mną ;))

      Usuń